Kultura w natarciu: sztuka i muzea w dobie protestów

Wprawdzie sztuka ma ogromny potencjał, by zmieniać społeczeństwo, jednak instytucje, na których się opiera, w dużej mierze przyczyniają się do utrzymywania istniejących systemów władzy. Choć uwielbiam muzea i poświęciłam im karierę, doskonale zdaję sobie sprawę, że to rezerwuary hegemonii kulturowej czy – innymi słowy – zwierciadła, w których odbijają się wszelkie bolączki społeczne – zarówno ogromne różnice majątkowe, jak i inne emanacje dziedzictwa kolonializmu czy wykluczenia społecznego historycznie marginalizowanych grup. Muzea i przestrzenie kultury stanowią element systemów, które protestujący mają nadzieję obalić.

Uważam, że muzea w dotychczasowej postaci należy od nowa przemyśleć i całkowicie zreformować, co pozwoli nie tylko zwiększyć atrakcyjność tych instytucji dla szerszej publiczności, ale prawdopodobnie także pomoże wskazać sposoby wprowadzania zmian w całym społeczeństwie. W latach 2015–2018, gdy piastowałam stanowisko dyrektorki Muzeum Sztuki w nowojorskiej dzielnicy Queens, przeżyłam wiele ekscytujących chwil na przemian z momentami załamania, a stawiane przede mną wyzwania ukształtowały mój obecny sposób myślenia. W ciągu tych trzech niezwykłych lat, doświadczyłam zarówno najważniejszych sukcesów w swoim życiu zawodowym, jak i takich, które poddały ciężkiej próbie moje głęboko zakorzenione przekonanie o kluczowej roli sztuki i kultury w procesie wprowadzania zmian społecznych. Publiczne muzeum mieści się w parku publicznym położonym w jednym z najbardziej zróżnicowanych etnicznie i kulturowo obszarów geograficznych na świecie. Nowy Jork to miasto imigrantów, a że w Queens znajdują się dwa z trzech nowojorskich lotnisk, nic dziwnego, że osiedla się tu większość nowoprzybyłych. Wielu zamieszkuje okolice rozciągające się wzdłuż linii metra nr 7, która stanowi kręgosłup dzielnicy i przewozi ludność posługującą się ponad 138 różnymi językami i dialektami.

Gdy drzwi pociągu się otwierają, na każdym kolejnym przystanku oczom naszym ukazuje się inna kultura. A jednak wszyscy jesteśmy Nowojorczykami. Zachwycona takim stanem rzeczy, objęłam stanowisko w Muzeum Queens w styczniu 2015 roku. Niespełna osiemnaście miesięcy później, wybór Donalda Trumpa dramatycznie zmienił krajobraz, w którym pracowałam. Chociaż muzeum nadal się rozwijało, zyskiwało coraz większą uwagę, wsparcie i widoczność, to jednak wyniki wyborów miały olbrzymi wpływ zarówno na nasz personel, jak i wszystkich współpracowników muzeum. Ponad dziesięć lat przed moim dołączeniem do zespołu, Muzeum Queens w genialnym posunięciu zatrudniło organizatorów kultury, by nawiązywać kontakty z miejscowymi społecznościami imigrantów. Inicjatywa ta, którą początkowo kierowała Jaishri Abichandani, a później Prerana Reddy, opracowała nowy sposób interakcji muzeów z publicznością. Celem nie było jedynie przyciągnięcie ludzi do muzeum, lecz także wykorzystanie jego zasobów do uwidocznienia i urzeczywistnienia pragnień tych społeczności poprzez organizowanie działań kulturalnych.

Po wyborach 8 listopada 2016 roku polityka i retoryka administracji Trumpa otwarły pełną negatywnych emocji puszkę Pandory, a fala nienawiści popłynęła przede wszystkim w stronę imigrantów. W tym konkretnym muzeum nowo zaistniałe  warunki to nie żadna abstrakcja, tylko powód, dlaczego surowa rzeczywistość stała się nazbyt dotkliwa. W tym czasie pięć procent personelu Muzeum Queens uczestniczyło w programie ochrony przed deportacją na mocy Deferred Action for Childhood Arrivals (DACA), czyli zarządzenia prezydenta Obamy, które zapewniało legalny status wielu osobom przywiezionym do Stanów Zjednoczonych jako dzieci bez odpowiednich dokumentów. Pracownicy ci usłyszeli, że Donald Trump zamierza znieść DACA i stanęli w obliczu groźby utraty legalnego statusu prawnego i potencjalnej deportacji do krajów, w których nigdy wcześniej nie byli. Co więcej, w tygodniach po wyborach wiele osób, z którymi personel muzeum współpracował przez ponad półtorej dekady w ramach różnych bezpłatnych programów rodzinnych, spotkań i zajęć artystycznych – jak New New Yorkers [Nowi Nowojorczycy], prowadzonych w kilkunastu językach, czy Immigrant Movement [Ruch Imigracyjny] – miało olbrzymie poczucie zagrożenia. W ten deszczowy dzień nigdy by mi nie przyszło na myśl, że nieco ponad rok później przyjdzie mi złożyć rezygnację.

W ciągu kolejnych dwunastu miesięcy sprawy bardzo się skomplikowały. Kilku członków zarządu nie pochwalało faktu, że przyłączyliśmy się do strajku w Dniu Inauguracji. Przyjęli stanowisko, że powinniśmy kontynuować zwykłą pracę, bez zwracania na siebie nadmiernej uwagi. Przynajmniej jeden z członków zarządu wyraził obawę, że Trump mógłby się mścić nasyłając na nich surowe kontrole podatkowe. Z mojej perspektywy, nie tylko klimat polityczny utrudniał zarządzanie pracownikami, wśród których wiele osób znalazło się nagle w niepewnej sytuacji i w każdej chwili mogło utracić dotychczasowy status imigracyjny. Uważałam również, że musimy otwarcie i wyraźnie wspierać społeczność, z którą całymi latami budowaliśmy ścisłe relacje. W grę wchodziła kwestia zaufania.

Wraz z zespołem opracowaliśmy nową deklarację wartości, która miała dawać nam istotne oparcie dla dalszych działań. Nadaliśmy jej formę listu „Od dyrektora”, który zamieściliśmy na stronie internetowej muzeum. Na kolejnym posiedzeniu zaprezentowałam tę deklarację zarządowi i wszyscy jednogłośnie się z nią zgodzili. Obecnie nie figuruje już na stronie, gdyż została usunięta, ale wcześniej zawierała następujące treści:

Muzeum Queens deklaruje głębokie przywiązanie do wolności wypowiedzi, aktywnie promuje różnorodność i uznaje korzyści płynące z przyjmowania odmiennych perspektyw. Są to podstawy naszej wspólnej wolności. Wierzymy, że sztuka może zmieniać to, jak doświadczamy naszego świata, a zatem sztuka, artyści oraz instytucje kulturalne odgrywają kluczową rolę w społeczeństwie.

W związku z tym Muzeum Queens:

  • opowiada się za tym, by sztuka stała się narzędziem pozytywnych zmian społecznych i krytycznego myślenia, pożywką dla dyskusji i debat, odkryć i wyobraźni, a także pretekstem do prezentacji wielorakich historii i doświadczeń;
  • wspiera i inicjuje projekty oraz programy w oparciu o potrzeby i aspiracje społeczności, z którymi współpracuje i które uznaje za cennych partnerów;
  • działa na rzecz poszanowania różnorodności kultur, zwiększania dostępu do koncepcji i sztuki oraz możliwości uczestnictwa w działaniach społecznych;
  • wykorzystuje własne zasoby – ludzkie, finansowe, środowiskowe i inne – by promować równość, inkluzywność i zrównoważony rozwój, zarówno w naszej instytucji, jak i szerzej – w całym społeczeństwie.

Poza murami Muzeum Queens artyści, pracownicy sztuki, kuratorzy, profesorowie i wiele innych osób zaczęło działać w trybie pilnym, co doskonale oddaje nazwa jednej grup na platformie Google: Sense of Emergency [Poczucie Zagrożenia]. Mniej więcej w tym czasie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MoMA) w Nowym Jorku zorganizowało wystawę dzieł ze swoich zbiorów autorstwa artystów, którzy nie byli już mile widziani w Stanach Zjednoczonych z powodu zakazu wjazdu dla muzułmanów, tzw. Muslim ban, wprowadzonego przez administrację Trumpa. Zaś Muzeum Guggenheima złożyło do Sądu Najwyższego wniosek amicus brief[1] w celu zniesienia zakazu podpisany wspólnie przez Stowarzyszenie Dyrektorów Muzeów Sztuki, Amerykańskie Stowarzyszenie Muzeów i ponad sto muzeów na terenie całych Stanów Zjednoczonych.

Mniejsze organizacje także robiły, co mogły. Z grona osób tworzących Sense of Emergency powstała nowa grupa robocza, którą nazwaliśmy Art Space Sanctuary [Sanktuarium Przestrzeni Sztuki]. Na czele grupy stanął Abou Farman, artysta i profesor antropologii w nowojorskiej The New School, a także oddany działacz na rzecz praw imigrantów. Czerpaliśmy inspirację z dwóch kluczowych ruchów: Sanctuary Movement, czyli kampanii azylowej z lat osiemdziesiątych w Ameryce Łacińskiej, prowadzonej głównie przez duchownych oddanych teologii wyzwolenia i wykorzystujących kościoły jako schronienie dla ludzi uciekających przed przemocą, a także New Sanctuary Movement, czyli nowej kampanii azylowej z pierwszej dekady XX wieku zainicjowanej przez międzywyznaniową grupę liderów w Stanach Zjednoczonych poszukujących sprawiedliwości dla migrantów i imigrantów.

Pomyśleliśmy, że Art Space Sanctuary mogłoby stać się sposobem na pokazanie, iż przestrzenie kulturowe są tak naprawdę dla wszystkich i że mogą oferować opiekę i wsparcie. Muzeum Queens ma długą historię współpracy z organizacjami działającymi na pierwszej linii frontu, w tym między innymi z grupą Make the Road, udzielającą wsparcia imigrantom, oraz grupą Drogadictos Anónimos, pomagającą osobom uzależnionym od narkotyków. Pomysł polegał na opracowaniu wytycznych, które pozwoliłyby muzeom i przestrzeniom kulturowym nawiązać kontakty między odwiedzającymi a wyżej wspomnianymi organizacjami, abyśmy mogli zapewnić wsparcie potrzebującym. Byłam przekonana, że ze względu na nasze wieloletnie relacje ze społecznością i istniejące już w muzeum programy, Muzeum Queens będzie idealnym miejscem do wdrożenia tej koncepcji. Naszym celem było stworzenie sieci organizacji kulturalnych, które stałyby się Sanktuariami Przestrzeni Sztuki postępującymi zgodnie z wytycznymi opracowanymi przez Farmana i dostępnymi na stronie internetowej.

Mieliśmy nadzieję, że działania te pokażą wsparcie sektora kultury dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji, niezależnie od tego, czy są to pracownicy muzeum, czy odwiedzający. Zaproponowane przez nas wytyczne były elastyczne, a ponieważ Muzeum Queens współpracowało już z wieloma ważnymi grupami społecznymi, połączenie sił w działaniu wydawało nam się zasadne. Podbudowana entuzjastycznym poparciem kilku członków zarządu, przedstawiłam naszą koncepcję na posiedzeniu zarządu. Reakcja była jednak głęboko rozczarowująca. Kilku członków zarządu uznało ten pomysł za niepraktyczny, niesłusznie obawiając się, że koncepcja kulturowego azylu zmieni muzeum w „przytułek lub noclegownię”. W obliczu otwartego sprzeciwu wobec naszej inicjatywy, dalsze jej wdrażanie okazało się niemożliwe. Co więcej, retoryka odrzucenia opierała się na przekonaniu, że jako instytucja publiczna nie powinniśmy, a nawet nie wolno nam „stawać po żadnej stronie” w politycznych debatach dotyczących imigracji: byliśmy zmuszeni zarzucić wszelkie działania na rzecz imigrantów, jak Art Space Sanctuary, aby utrzymać rzekomo „neutralną” pozycję. To podkopało nasze morale.

Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej w czerwcu 2017 r., kiedy to Misja Izraela przy Narodach Zjednoczonych skontaktowała się z muzeum w sprawie wynajęcia galerii na organizację wydarzenia związanego z rocznicą historycznego głosowania, które utorowało drogę do powstania Państwa Izraela w 1948 roku. Budynek Muzeum Queens stanowił atrakcyjną lokalizacją dla tego wydarzenia, ponieważ to tam odbywały się posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego ONZ w latach 1946-1950, jeszcze przed powstaniem muzeum. Organizatorzy planowali odtworzyć głosowanie, które miało miejsce 27 listopada 1947 r.; ówczesny wiceprezydent Mike Pence miał być głównym prelegentem, przemawiającym do setek zaproszonych gości. Byłam bardzo zaniepokojona pomysłem wynajęcia przestrzeni w takim celu.

Zazwyczaj przestrzenie muzealne wynajmowane były na wesela, bar micwy oraz inne uroczystości, które zapewniały naszej instytucji niezbędne wesparcie finansowe. Jednak to, co zaproponowano, było zupełnie innego rodzaju. Poważnie niepokoił mnie wpływ, jaki wydarzenie na tak wielką skalę może mieć zarówno na pracę muzeum, jak i na bezpieczeństwo. Ponadto fakt, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych potwierdził obecność z czteromiesięcznym wyprzedzeniem, wskazywał, iż wydarzenie to miało charakter wysoce polityczny. Ze względu na finansowanie z funduszy rządowych i zapowiadanej obecności szeregu polityków, którzy także mieli przemawiać, można było wnioskować, że ma ono na celu promowanie konkretnych celów rządowych. Czułam, że jest to sprzeczne z naszą ugruntowaną praktyką – a także, jak wówczas wierzyłam, również przyjętą przez naszą instytucję polityką – polegającą na nie zezwalaniu na wykorzystywanie przestrzeni muzealnych do organizacji wydarzeń politycznych.

Uznając wyjątkowy charakter proponowanego wynajmu, sprawa została przekazana zarządowi do rozpatrzenia. Ze swojej strony odradzałam jego organizację, ale to powiernicy, czyli członkowie zarządu, musieli podjąć ostateczną decyzję.

Po długich debatach, zarząd postanowił nie wyrażać zgody na organizację proponowanego przez Misję Izraela wydarzenia. Dwa dni później w dzienniku The Jerusalem Post pojawił się artykuł określający mnie jako „antyizraelską”, ponieważ byłam redaktorką książki o oporze kulturowym, która zawierała sekcję o BDS, ruchu działającego na rzecz zakończenia międzynarodowego wsparcia dla ucisku Palestyńczyków przez Izrael i wzywającego do bojkotu, wycofywania inwestycji z Izraela i nakładania sankcji na to państwo. Artykuł w The Jerusalem Post był wysoce wobec mnie krytyczny za rzekome odwołanie wydarzenia. W następstwie tego członek Rady Miasta Nowy Jork zażądał mojego zwolnienia i zaczął zbierać poparcie za pośrednictwem petycji, a New York Post dodał jeszcze więcej negatywnych komentarzy. W odpowiedzi zarząd szybko zmienił swoją decyzję i zgodził się zorganizować wydarzenie, na które początkowo nie wyraził zgody. Nikt jednak nie wydał publicznego oświadczenia, aby wyjaśnić, że to nie ja podjęłam tę pierwotną decyzję.

Spadła na mnie lawina nienawiści za rzekomy antysemityzm. Z powodu tych artykułów miałam poczucie, że muszę udowodnić członkom zarządu – już nie wspominając nawet atakującej mnie rzucanymi z prędkością światła ociekającymi jadem inwektywami społeczności internetowej – że wcale nie jestem antysemitką. Mój mąż, który jest Żydem, zasugerował, żebym publicznie opowiedziała o historii jego rodziny: dziadkowie przeżyli obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, nasz syn został obrzezany podczas tradycyjnej ceremonii bris, a moja babcia pomagała Żydom uciekać przez granicę faszystowskich Włoch podczas II wojny światowej. Czułam się okropnie, gdy musiałam przytaczać te fakty z mojego życia, by udowodnić ludziom, którzy znają mnie od lat, że nie żywię nienawiści ani ze względu na kulturę ani religię.

Tymczasem poczynania Muzeum Queens zdobywały coraz większe uznanie opinii publicznej. Szczególnie budujące było, gdy New York Times opisał moją działalność w naszej instytucji. Chwilę wcześniej otworzyliśmy serię dobrze przyjętych wystaw. Jedna z nich, pt. „Never Built New York” [„Nigdy nie zbudowany Nowy Jork”], prezentowała różne niezrealizowane projekty architektoniczne przy szczególnym użyciu Panoramy stanowiącej kluczowy eksponat w naszej kolekcji, czyli ogromnego modelu o powierzchni prawie 900 m2 przedstawiającego każdy jeden budynek we wszystkich pięciu dzielnicach Nowego Jorku. Jako kuratorka (pospołu z inną kuratorką Manon Slome i grupą artystyczną No Longer Empty) byłam również mocno zaangażowana w organizację dużej wystawy prac artysty Mela China. Projekt ten miał wypełnić muzeum, a także rozlać się na przestrzenie publiczne w całym Nowym Jorku. Ponadto właśnie otrzymaliśmy znaczące granty od prestiżowych fundacji. Dzięki tym udanym wysiłkom na rzecz pozyskiwania funduszy, osiągnęliśmy cel finansowy, do którego dążyłam od momentu rozpoczęcia pracy w muzeum. Jednym słowem, wszyscy związani z tym miejscem mieli wiele powodów do dumy.

Mimo to, gdy nadeszła jesień, a rekonstrukcja historyczna odbyła się w muzeum pod patronatem Misji Izraela, wyraźnie zaznaczył się też polityczny charakter tego wydarzenia. W jego trakcie, 28 listopada, wiceprezydent Mike Pence zgodnie z planem wygłosił przemówienie, które tematycznie daleko wykraczało poza obchody rocznicy powstania Izraela: było to czterdziestopięciominutowe przemówienie polityczne zapowiadające plan administracji Trumpa dotyczący przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Ledwie tydzień później Trump publicznie potwierdził tę decyzję w wystąpieniu z Białego Domu, co w następnych dniach doprowadziło do gwałtownych protestów w Jerozolimie i krytyki ze strony wielu sojuszników USA oraz Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wbrew tradycji, budynek Muzeum Queens został użyty jako tło dla ogłoszenia ważnej zmiany w polityce zagranicznej USA.

W miarę jak jesień stopniowo przeradzała się w zimę, mogłam zaobserwować, jak niewielka grupa członków zarządu zaczyna okazywać niezadowolenie z mojego kierownictwa, szczególnie w związku z moimi rekomendacjami, byśmy wzięli udział w inicjatywie Art Space Sanctuary i odrzucili propozycję wydarzenia Misji Izraela. Praca dyrektora jest wystarczająco trudna i bez tego rodzaju wątpliwości ze strony zarządu, więc po wyczerpującym końcu roku, w styczniu roku 2018, postanowiłam złożyć rezygnację. Była to bolesna decyzja, ponieważ wierzyłam, że mam jeszcze wiele do zaoferowania zarówno muzeum, jak i odwiedzającym.

Kilku członkom zarządu nie podobało się, że chciałam, by poprzez naszą działalność muzeum zajęło stanowisko w sprawie wydarzeń mających głęboki wpływ na naszych pracowników i okoliczne społeczności. Uważałam, że tworząc przestrzeń kulturową, odzwierciedlającą wspólne wartości, nie można pozostać „neutralnym”, zwłaszcza w momencie, gdy fundamenty otaczającej nas demokracji zdawały się rozpadać na kawałki. Neutralność jako taka, de facto, wcale nie jest neutralna; raczej, parafrazując południowoafrykańskiego lidera walki z apartheidem, Desmonda Tutu, jest to stanowisko samo w sobie, które wspiera status quo. Biorąc pod uwagę historię muzeum i jego zobowiązania wobec pracowników i partnerów, rozumieliśmy, że nie wolno nam ignorować zaistniałej rzeczywistości.

Od czasu odejścia z Muzeum Queens rozmyślam nad historią powstania muzeów w Stanach Zjednoczonych i w jaki sposób funkcjonują w dzisiejszym świecie, a zwłaszcza nad tym, jak opowiadane przez nie historie odzwierciedlają pewne poglądy polityczne i łączą się z szerszymi strukturami władzy i przekonaniami. Dążąc do większej różnorodności, równości i inkluzywności w miejscach kultury, nie sposób uniknąć konfrontacji z neutralnością, która stanowi zastany i powszechny sposób myślenia w muzeach. A przecież to właśnie wiedza ekspercka, której muzeum jest symbolem, budzi zaufanie; to dzięki niej wybiera się eksponaty i organizuje pouczające wystawy.

Istnieją jednak różne struktury – poczynając od procesów zarządzania, poprzez wybory kuratorskie, aż po sposoby traktowania personelu – które determinują, co się wybiera i czego się uczy. I okazuje się, że to, jak muzeum prezentuje te wybory i interpretuje wiedzę, tak naprawdę pozostaje w sprzeczności z dążeniem do różnorodności czy integracji. Problem tkwi w tym, że wyżej wspomniane struktury są niewidoczne i pozostają niezauważone, za to niewątpliwie faworyzują osoby o określonym pochodzeniu klasowym, rasowym, edukacyjnym i społecznym. Jeśli naprawdę chcemy usunąć przeszkody na drodze do integracji, musimy stawić czoła tej fałszywej neutralności i ostatecznie ją wyrugować.

Ponadto problem z muzeum, które deklaruje neutralne podejście, polega na tym, że przez swoją postawę odmawia ono racji bytu wszelkiej krytyce, obywatelskim sprzeciwom czy historii alternatywnej, które w innym razie mogłoby przedstawić. Jest to sprzeczne z misją edukacyjną właściwą muzeom oraz dążeniu do promowania swobodnej i otwartej wymiany poglądów. W rezultacie neutralność wyklucza tych artystów i odbiorców sztuki, którzy postrzegają przestrzeń muzealną jako platformę do debaty i chcą się w tę debatę zaangażować – wyklucza, ponieważ same struktury władzy instytucji, zarówno z perspektywy historycznej, jak i obecnej działalności muzeum, unieważniają koncepcje obywatelskie, aby utrzymać neutralną pozycję. By taki przejaw „neutralności” mógł zaistnieć, obie strony każdej debaty musiałyby być równie silne czy też w równym stopniu reprezentowane, co się praktycznie po prostu nie zdarza, a wiara, że by mogło przeczy możliwości istnienia wielu rzeczywistości.

Według American Alliance of Museums [Amerykańskiego Stowarzyszenia Muzeów], „muzea uważa się za najbardziej wiarygodne źródło informacji w Ameryce, oceniane wyżej niż informacje podawane przez miejscową prasę, opinie badaczy w organizacjach non-profit, ustalenia rządu USA czy naukowców uniwersyteckich”.[2] Ale są to również miejsca głębokiej alienacji. Ich zazwyczaj okazałe budynki służą wielu celom wykraczającym poza „proste” zadanie przechowywania i ochrony dzieł sztuki. Prócz tego wskazują znaczenie sztuki i kultury w społeczeństwie, pokazują kolonialną potęgę narodu, odzwierciedlają hojność i wielkoduszność głównych patronów sztuki oraz – co być może najbardziej znamienne – gusta mecenasów, którzy założyli instytucję lub przekazali jej pierwsze eksponaty i kolekcje. A mimo to, istnieje powszechny błędny pogląd na to, co oznacza status instytucji non-profit zwolnionej z opodatkowania, szczególnie w kwestii „neutralności” – zarówno zarząd, jak i personel, konsekwentnie utrzymują, że istnieją ograniczenia co do tego, jakie opinie taka instytucja może wyrażać, by nie utracić statusu organizacji zwolnionej z podatków. W rzeczywistości istnieją tylko dwie rzeczy, których organizacje non-profit nie mogą robić, by tego statusu nie utracić: 1) nie mogą prowadzić kampanii ani lobbingu za lub przeciw konkretnemu kandydatowi na urząd, oraz 2) nie mogą prowadzić kampanii za lub przeciw konkretnym ustawom.

W ciągu ostatnich kilku lat regularnie wybuchały protesty dotyczące finansowania muzeów, ich organizacji, rodzajów ekspozycji i sposobów ich pokazania, dynamiki władzy i reprezentacji różnorodnych tożsamości lub kompletnego jej braku. Ponieważ odbiorcy coraz częściej domagają się większej kontroli, inkluzywności i różnorodności, instytucje kulturalne muszą ponownie przeformułować swoje sposoby funkcjonowania, by zachować istotną rolę. Uważam, że aby odegnać widmo nierówności wciąż nawiedzające nie tylko nasze instytucje, ale i całe społeczeństwo, najlepszym punktem wyjścia będzie obalenie mitu neutralności w przestrzeniach kulturowych. Mogłoby się wydawać, że wszyscy już wiedzą, iż coś takiego jak neutralna przestrzeń nie istnieje. Jednak koncepcja neutralności wciąż przejawia się w organizacjach promujących kulturę na różne zaskakujące sposoby.

Rozważmy następujący przykład: ICOM, tj. International Council of Museums [Międzynarodowa Rada Muzeów], zrzeszająca ponad 40 000 osób i organizacji, która od momentu założenia w 1946 roku odgrywa znaczącą rolę w swoich obszarach kompetencji, przez prawie pięćdziesiąt lat definiowała muzeum jako „instytucję non-profit”, która „pozyskuje, konserwuje, bada, udostępnia i prezentuje materialne i niematerialne dziedzictwo ludzkości wraz z zamieszkiwanym środowiskiem w celach edukacyjnych, naukowych i rozrywkowych.”[3]

Jednak w 2019 roku grupa członków ICOM uznała, że istniejąca definicja muzeów jest przestarzała i postanowiła ją zrewidować. Zaproponowano nowe sformułowania, opisujące muzea jako „demokratyzujące, inkluzywne i polifoniczne przestrzenie do krytycznego dialogu o przeszłościach i przyszłościach”, które „chronią wspomnienia dla przyszłych pokoleń i gwarantują równe prawa i równy dostęp do dziedzictwa kulturowego dla wszystkich ludzi”. Zaproponowana definicja stwierdza również, że muzea powinny działać na rzecz „promowania ludzkiej godności, sprawiedliwości społecznej, globalnej równości i dobrobytu naszej planety.”[4]

W połowie sierpnia 2019 roku negatywna reakcja przeciwko nowej propozycji sięgnęła zenitu, gdy ponad dwadzieścia cztery krajowe oddziały ICOM, w tym z Francji, Włoch, Hiszpanii i Rosji, zdecydowanie sprzeciwiły się wprowadzeniu nowej definicji, określając ją jako „ideologiczną”. Chociaż tego typu spory dotyczące definicji instytucji o długiej tradycji nie są rzadkością, w tym przypadku godne uwagi jest, że oddziały sformułowały zastrzeżenia odnośnie „ideologii” sygnalizowanej przez nowe sformułowania; implikuje to, że poprzednia definicja nie była ideologiczna, a co za tym idzie – że działania muzeów wywodzą się z „neutralnej” przestrzeni.

Debata na temat tego, czy muzea są naprawdę neutralne, koncentruje się wokół tego, jak opowiadamy nasze historie, kto je opowiada, dlaczego i w jaki sposób zostały ujęte w takie czy inne ramy i w jakim kontekście historycznym zostały osadzone. Oznacza to, że historie założycielskie narodów są obecnie badane z różnych punktów widzenia, zwłaszcza przez grupy, które były marginalizowane w społeczeństwie ze względu na rasę, tożsamość płciową, klasę, poziom wykształcenia, umiejętności lub inne czynniki. Ponieważ muzea na Zachodzie służą ochronie historii, musimy zadać pytanie, czy muzeum kiedykolwiek naprawdę stanowiło przestrzeń neutralną? Czy czasem nie było tak, że zawsze kształtowano je tak, by służyło jakimś celom w myśl konkretnych planów? Czy to koniecznie zła rzecz? Szczególnie jeśli te plany obejmują dbanie o tak wartościowe kwestie jak „godność ludzka” i „dobrobyt planety”? Wydaje się, że istnieje powszechna niechęć wobec tych kwestii, jak również obawa, że instytucje kulturalne i muzea zostaną jakoś ograniczone, jeśli założenia leżące u podstaw ich powstania staną się wyraźnie widoczne. Jestem przekonana, że założenia te istnieją w całej kulturze tworzonej przez człowieka, bo robienie ich to nasza typowa cecha, więc należy przynajmniej je dostrzec i stawić czoła ich zamierzonym i niezamierzonym konsekwencjom.

Znaleźliśmy się w takim momencie historii, gdy ludzkości grozi zagłada spowodowana ekstremalnymi warunkami klimatycznymi, które sami wywołaliśmy, kiedy nacjonalizm przybiera na sile, a ksenofobia ponownie daje o sobie znać w coraz bardziej zjadliwych i brutalnych formach na arenie międzynarodowej. Jak na to wszystko odpowie kultura? I czy muzea mogą odgrywać wciąż istotną rolę, zwłaszcza gdy różni odbiorcy sztuki i fundacje wzywają je do publicznej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i swoje działania? Wierzę, że to właśnie w tym kontekście musimy być w stanie jak najszybciej zidentyfikować założenia i uprzedzenia leżące u podstaw działania naszych muzeów, zrozumieć światopoglądy, które albo promują albo marginalizują, a także poddać wnikliwej analizie, jak muzea funkcjonują, jaką prowadzą aktywność, jak organizują i tworzą kulturę.

Moja książka pt. Culture Strike: Art and Museums in an Age of Protest [Kultura w natarciu: sztuka i muzea w dobie protestów] nie tylko poddaje analizie niekiedy niejasną problematykę związaną z muzeami, ale również wskazuje pewne sposoby, jak mogą one lepiej służyć większej liczbie osób. Badając te kwestie zastanawiam się – między innymi – jak możemy współpracować na rzecz znaczących zmian w dziedzinie kultury. Mam nadzieję, że przyjrzawszy się obu stronom medalu oraz dzięki uwadze, cierpliwości i determinacji będziemy w stanie dokładnie zbadać, co należy zmienić, a następnie wyobrazić sobie kroki, które pozwolą nam te zmiany wprowadzić.


[1] Właściwie „amicus curiae brief, czyli pisemny wniosek do sądu, w którym amicus curiae (dosłownie „przyjaciel sądu”, tj. osoba lub organizacja, która nie jest stroną postępowania) może w danej sprawie przedstawić argumenty prawne, opinie i zalecenia,” [przyp. tłum.]. Źródło: „Glosariusz”, Europejskie Centrum Praw Konstytucyjnych i Praw Człowieka (ECCHR), https://www.ecchr.eu/en/glossary/amicus-curiae-brief/ [dostęp: 29.02.2024].

[2] American Alliance of Museums [Amerykańskie Stowarzyszenie Muzeów], za: Philipa Kennicotta, „Is it a museum or not? The question is worth asking” [„Czy to muzeum, czy nie? Warto zadać to pytanie”], Washington Post, 12.10. 2018 r., https://www.washingtonpost.com/entertainment/museums/is-it-a-museum-or-not-the-question-is-worth-asking/2018/10/12/54eded68-c5c1-11e8-9b1c-a90f1daae309_story.html [dostęp: 29.02.2024 r.].

[3] International Council of Museums [Międzynarodowa Rada Muzeów] (ICOM), „Glosariusz”, Art. 3, Statut, 2007, cytat za: UNESCO. Instytut Statystyki, https://uis.unesco.org/en/glossary-term/museum [dostęp: 29.02.2024 r.].

[4] International Council of Museums [Międzynarodowa Rada Muzeów] (ICOM), „ICOM announces the alternative museum definition that will be subject to a vote” [„ICOM ogłasza alternatywną definicję muzeum, która będzie przedmiotem głosowania”], 25.072019 r., https://icom.museum/en/news/icom-announces-the-alternative-museum-definition-that-will-be-subject-to-a-vote [dostęp: 29.02.2024 r.].

Tekst powstał na bazie wstępu do książki o tym samym tytule (wyd. Verso, 2021)